Artykuł Włodzimierza Zielicza opublikowany w Gazecie Wyborczej. Zapraszamy do lektury i polemiki
Oto kilka podstawowych (poza mizerią finansową) przyczyn, dla
których polska szkoła jest i pozostanie na razie mało atrakcyjna dla
uczniów. Przymus. Biurokracja. BHP. Motywacja.
Nadziwić się nie mogę optymizmowi opinii tak doświadczonej osoby: dyrektor Departamentu Doskonalenia Nauczycieli MEN
w dwóch pierwszych rządach III RP, charyzmatyczny lider studiów
socjoterapii, wieloletni dyrektor CEO, jak Jacek Strzemieczny
wyrażonych w tekście "Szkoła musi być ciekawsza" ("GW" z 1.12.09).
Pisze, ilustrując to przykładami, że polska szkoła może być ciekawsza
dla uczniów. Ma rację. Ma też rację pisząc, do czego się sprowadzają
jego wywody, że dobrze by się stało, gdyby ciekawszą była. Wcale z tego
jednak nie wynika, że jego marzenia muszą się spełnić! Jacek
Strzemieczny pisze o reformach min. Hall oraz szkoleniach dla
nauczycieli jako czynnikach, które sprawią, że polska szkoła musi się
stać ciekawsza. Dowodzi to niestety dość powierzchownego rozpoznania
przyczyn, dla których nasza szkoła jest jaka jest. Zdaje się sądzić, że
funkcjonowanie szkół jest li tylko kwestią stanu świadomości ich
dyrektorów i nauczycieli. Jeśli im tylko uświadomić, że warto zadbać o
atrakcyjność (i podobne walory) zajęć, jeśli jeszcze podpowiedzieć jak
to robić, to oni wręcz rzucą się wprowadzać nowe i atrakcyjne pomysły w
życie.
Tak się niestety składa, że funkcjonowanie instytucji,
nie tylko szkół, w niewielkim stopniu zależy od świadomości ich
pracowników. Decydują o nim mechanizmy społeczno-organizacyjne,
mechanizmy i jeszcze raz mechanizmy!
Bez rozpoznania tych
mechanizmów oraz ich efektywnej zmiany polska szkoła swojego
funkcjonowania nie poprawi w większej skali i na dłużej (zawsze się
trochę hobbystów nauczycieli i dyrektorów trafi!). Otóż zmiany
wprowadzane przez min. Hall niczego w tej kwestii nie zmieniają, a
jeśli już, to na gorsze. Oto kilka podstawowych (poza mizerią
finansową) przyczyn, dla których polska szkoła jest i pozostanie na
razie mało atrakcyjna dla uczniów.
I. Przymus
Polski uczeń, w przeciwieństwie do swoich kolegów w krajach
rozwiniętych, nie ma nawet po ukończeniu gimnazjum prawie żadnego
wpływu na to czego, i na jakim poziomie się uczy. Ponad 15
obowiązkowych przedmiotów upchniętych w niecałe 3 lata powoduje, że
nauczane są w śladowych wymiarach 1, góra 2, godzin tygodniowo. Co za
tym idzie są nauczane naskórkowo, pamięciowo i po łebkach, niezależnie
od woli nauczycieli. Jednocześnie większość z nich nie ma żadnego
związku z zainteresowaniami i planami życiowymi uczniów. Reforma min.
Hall niewiele w kwestii czasu oraz liczby przedmiotów zmienia. Jedyna
rzecz, na jaką uczeń ma wpływ, też zresztą w ograniczonym zakresie, to
wybór 2-3 przedmiotów nauczanych na tzw. poziomie rozszerzonym (czyli w
nieco większym zakresie oraz w wymiarze sięgającym (czasem!) aż 3
godzin tygodniowo.
Na dodatek nasz system szkolny zakłada nie
tyle przygotowanie uczniów do czegoś, co z przyjemnością i pożytkiem
będą robili w przyszłości (np. czytania książek), co wduszenie w nich
wiedzy, która 99,999 proc. z nich do niczego nie będzie potrzebna (np.
jaka jest treść pewnej liczby utworów literackich i co mają o nich do
powiedzenia literaturoznawcy).
"Z niewolnika nie ma
robotnika." jak powiada znane przysłowie. Tymczasem nawet, gdy matura
była czymś bardziej elitarnym od dzisiejszego doktoratu (pod zaborami i
w II RP), a wiedzy naukowej było nieporównywalnie mniej, uczeń mógł
sobie wybrać profil szkoły {klasyczna, humanistyczna, realna
(przyrodnicza) etc.}. Trudno liczyć na entuzjastyczną naukę kilkunastu
na raz przedmiotów, trudno liczyć na indywidualne podejście
nauczyciela, który uczy kilkuset uczniów i ma na każdego efektywnie aż
minutę czasu lekcyjnego tygodniowo. Bez istotnego wpływu ucznia na to
jakich przedmiotów i na jakim poziomie się uczy, bez drastycznej
redukcji liczby przedmiotów, których uczy się dany uczeń, trudno o
atrakcyjność nauki i partnerskie relacje w osiąganiu wspólnych celów
przez ucznia i nauczyciela.
III. Biurokracja
W obecnej polskiej szkole liczy się przede wszystkim perfekcyjna
dokumentacja. Na jej możliwie pełną kontrolę nastawione jest
praktycznie całe funkcjonowanie aparatu zarządzającego oświatą. W
najbliższym czasie zyska on potężnego sojusznika w postaci, skądinąd
bardzo użytecznej, elektronicznej dokumentacji. Z jednej strony owa
dokumentacja, w przeciwieństwie do papierowej, pojemność ma praktycznie
nieskończoną, mnożyć się więc będą kolejne "tabelki" do wypełnienia, co
każdego prawie decydenta korci bardzo...
Z drugiej strony
różni zewnętrzni nadzorcy będą mogli tę dokumentację kontrolować przez
Internet już nawet nie ruszając się zza biurka. Wreszcie same dyrekcje
szkół zyskają gigantyczny bodziec, ale i potężne narzędzie kontroli nad
tym, aby owa dokumentacja była do perfekcji zgodna ze wszystkimi
możliwymi przepisami, zaleceniami, programami, procedurami...
Cała energia i nauczycieli i kadry kierowniczej skupi się w jeszcze (!)
większym stopniu, co niektórym może się wydać już dziś niewiarygodne,
na tym wirtualnym świecie! Dla urzędników liczy się bowiem to, co się
daje zapisać - tematy, stopnie, frekwencja, a nie realny świat stojący
za tymi zapisami. Tymczasem efektywna szkoła to kontakt człowieka z
człowiekiem, a nie miejsce produkcji dokumentacji czy kontaktu
urzędnika z petentem. Ważny jest nie fakt, odnotowany, odbycia lekcji,
rozmowy z rodzicem czy uczniem etc. tylko ich skutki dla funkcjonowania
zainteresowanych stron.
W trakcie IV Kongresu Obywatelskiego, o
którym wspomina również Strzemieczny, miałem okazję, podczas
edukacyjnego panelu, wysłuchać z ust min. Hall wizję szkoły, jaką
tworzą wprowadzane przez nią reformy. Wizja ta była pociągająca. Zanim
jednak min. Hall zabrała głos w trakcie ogólnej dyskusji wypowiedziała
się pewna gimnazjalna nauczycielka chemii i fizyki. Miała ona drobne z
pozoru doświadczenie z nową podstawą programową.
Chciała otóż
skorzystać z odbywającego się w Warszawie we wrześniu Festiwalu Nauki i
zaprowadzić na którąś z licznych festiwalowych imprez swoje klasy
pierwsze. No i nie mogła - dzięki zapisom nowej podstawy programowej
powinna zrealizować ileś tam ponumerowanych zagadnień, poświęcając im
ustaloną liczbę lekcji. Przełożeni owej nauczycielki uznali, że wyjścia
na Festiwal Nauki, choć generalnie bardzo pożytecznego dla rozwoju
uczniów, nie da się w owe zapisy podstawy programowej wtłoczyć. Nie
bardzo bowiem wiadomo do czego to przypisać. Pani minister
wytłumaczyła, że jej w nowej podstawie programowej nie o to szło, a
odwiedziny Festiwalu Nauki są w porządku jak najbardziej.
Chyba
nikt, łącznie z min. Hall większej uwagi na ten incydent nie zwrócił, a
przecież kłopot tej nauczycielki to kapitalny problem wszystkich reform
edukacyjnych u nas. Reformatorzy mają jakąś wizję, którą głoszą, która
im się podoba i która, generalnie, jest wspaniała. Diabeł, niestety,
tkwi w szczegółach. Wizję trzeba przełożyć na przepisy i mechanizmy, a
te mogą powodować skutki zupełnie odmienne od założonych. Dyrektor czy
wizytator rzadko ma przed sobą ministra czy choćby wice.
Oni
mają przed sobą przepisy ustanowione przez tegoż ministra oraz taką czy
inną dotychczasową praktykę funkcjonowania instytucji, w której
pracuje. Wie, że jego rozliczą formalnie z realizacji przepisu, a nie
wizji ministra poznanych osobiście czy za pośrednictwem mediów. Będzie
więc działał tak, by nie "dostać po głowie".
Swoistego
sygnału dostarczyła tu i min. Hall. Gdy panowie Legutko (minister i
szef CKE) postanowili formą egzaminu gimnazjalnego wymusić czytelnictwo
konkretnych lektur, okazało się, już za min. Hall, że w niektórych
szkołach akurat tych dwóch książek nie "przerobiono". Oczywiście
absurdalny był sam pomysł egzekwowania dobrej znajomości ich treści
(utwory literacko skądinąd też pierwszorzędne nie były!) w parę lat po
lekturze. Zamiast głośno powiedzieć, że egzamin nie od tego jest, MEN
wysłało z hukiem wizytatorów do sprawdzania w dziennikach zapisów o
realizacji lektur.
Ci dyrektorzy, którzy nie uwzględniają
takich sygnałów, bardzo szybko sami eliminują się z gry. Podobne
zjawisko można było zaobserwować przy poprzedniej reformie. W efekcie
medialne, reformatorskie wizje ministrów nie są zbyt istotne - liczą
się stworzone przez nich przepisy i mechanizmy. To one zostają i
działają nawet długo po odejściu danego ministra i to im trzeba się
szczególnie uważnie przyglądać podczas kolejnych reform. Oczywiście
zaraz się dowiem, że wizytatorzy będą przeszkoleni, iż Festiwal Nauki
jest cacy i coś podobnego pojawi się też na stronie MEN. Tyle, że ani
na szkoleniu ani na stronie nie da się enumeratywnie wyliczyć
wszystkich takich przypadków. Poza tym dla wizytatora czy dyrektora
bezpieczniej jest (klasyczny mechanizm biurokratyczny) kwestionować
wszystko co wykracza poza wąską sztampę czyli "realizację" w klasie
kolejnych tematów. Jeśli "góra" nakaże czy zaleci puścić, to oni się
podporządkują, ale mało komu będzie się chciało z bezpośrednią władzą
boksować i pokazywać, że ona nie ma racji. Zwłaszcza, że władza bywa
pamiętliwa...
IV. BHP
Praktycznie
wszystkie aktywne i ciekawe formy prowadzenia zajęć, a już szczególnie
projekty, zakładają, że część uczniowskich działań będzie się odbywała
samodzielnie, w grupach, często poza terenem szkoły, bez bezpośredniego
(osobistego!) nadzoru nauczyciela. Choćby po to, by takie umiejętności
samodzielnego działania w grupie wyrobić. Tymczasem w całej Polsce na
obowiązkowych kursach BHP setki tysięcy nauczycieli są uczone, że nie
ma nic gorszego niż nawet na chwilę spuścić oko z wychowanków, choćby
byli już gimnazjalistami czy licealistami, a do szkoły i ze szkoły
jeździli samodzielnie (!) godzinami przez milionowe miasto.
Zetknąłem się już nie raz na basenie z paniami nauczycielkami, które na
polecenie dyrekcji szkoły, koniecznie musiały przejść razem z
podopiecznymi chłopcami przez męską rozbieralnię i prysznic (szkoła
wynajmowała tylko połowę basenu).
Co więcej - na tych kursach
uczy się też, że jeśli np. twoi nastoletni wychowankowie na wycieczce
zechcą sobie pograć w siatkówkę, a ty nawet przy tym będziesz, nie
będąc nauczycielem WF, to i tak odpowiadasz za skutki, zawsze
możliwych, nieszczęśliwych wypadków. Odpowiadasz, bo nie masz
stosownych uprawnień do prowadzenia podobnych zajęć...
Dobrą
ilustracją i przestrogą jest tu słynna sprawa Ani - samobójczyni z
Gdańska, a dokładnie jej nauczycielki. Na polecenie dyrektora (!)
zostawiła na część lekcji klasę nie małych dzieci przecież, ale
14-latków, by zająć się bodajże przygotowaniem apelu (a więc nie piciem
kawy!). Komisja Dyscyplinarna przy kuratorze wymierzyła jej karę tylko
o oczko niższą od usunięcia z zawodu.
Jest taka, skądinąd dość
atrakcyjna i kształcąca, forma zajęć z WOS, zwana zwiadem społecznym.
Uczniowie (czy harcerze - u nich ona też występuje) udają się grupami
(czy zastępami), po uprzednim przygotowaniu, do wybranych instytucji i
miejsc, by z różnych stron spojrzeć na jakiś społeczny problem, a
następnie wymienić się swoimi obserwacjami z pozostałymi. Oczywiście
nauczyciel może wspomagać fazę przygotowania i podsumowania, ale zwiadu
grupy dokonują, o zgrozo, same... Co skądinąd jest dla uczestników
bardzo rozwijającym doświadczeniem. Tylko jak ich tu samych puścić,
jeszcze się któryś 17-latek poślizgnie na skórce od banana i kto będzie
odpowiedzialny?...
W atmosferze, w której optymalne z punktu
widzenia bezpieczeństwa nauczyciela, byłoby ubranie jego podopiecznych
w kaftany bezpieczeństwa na czas pobytu w szkole, a praktycznie nawet
wkręcenie żarówki wymaga odpowiednich, poświadczonych i zdobytych na
szkoleniu uprawnień, trudno oczekiwać masowości wszelkich
interesujących więc nieszablonowych działań, które nauczycielskie
ryzyko odpowiedzialności czy choćby oskarżeń i śledztw znacznie
zwiększają. Trudno też wykorzystywać inne, akurat dostępne zasoby, jak
dodatkowe umiejętności i zainteresowania nauczyciela, wolontariuszy.
Imprezy...
Kraje cywilizowane sobie z takimi sprawami radzą, my nie chcemy ich nawet dostrzegać...
V. Motywacja
Według badań naukowców nawet krowa zwiększa wydajność mleka, gdy się do
niej mówi po imieniu. Znając zwierzęta, to równie mocno zależy to od
tego kto i jak owo imię wymawia. Dzieci i młodzież są o niebo wrażliwsi
od krów, więc bezbłędnie odróżniają z jakim nastawieniem i z jakich
pobudek nauczyciele i wychowawcy podejmują z nimi takie czy inne
działania.
Toteż, co jako doświadczony terapeuta J.
Strzemieczny akurat wie doskonale, we wszystkich zawodach związanych z
pomaganiem (a do takich należy zawód nauczyciela) najistotniejsza dla
efektów (lub ich braku) jest wewnętrzna motywacja i przekonanie o
sensie i słuszności tego co się robi!
Nauczyciele i uczniowie
realizujący jakiś projekt z wewnętrznej potrzeby, bawiący się nim i
zawartymi w nim możliwościami tworzenia i zostawiania swojego śladu w
świecie, wyniosą z niego zupełnie coś innego niż odwalający nakazaną
pańszczyznę, by ją "udokumentować" (to ważne, wręcz kluczowe słowo dla
efektywności reform edukacyjnych ostatniego 10-lecia).
Nie
wszyscy to niestety rozumieją - oto w niedawnym wywiadzie dla "GW" z
red. Szackim prof. Czapiński postuluje ministerialny przymus grupowych
form zajęć. Cóż za problem - parę plakatów wg instrukcji i pod kontrolą
nauczyciela, parę zdjęć uśmiechniętych (na polecenie pedagoga) buź i
grupowe działania mamy dla wizytacji udokumentowane...
Akurat
polskie doświadczenie jest bardzo obfite - wszelkie próby przerabiania
"zwykłych zjadaczy chleba" w "anioły" przy pomocy sprzecznych z tą
"anielskością" narzędzi (czyli przymusu i manipulacji) kończą się
zawsze skutkami przeciwnymi do zamierzonych.
Stanisław Lem
poświęcił przynajmniej kilkanaście swoich kpiarskich utworów podobnym
pomysłom. Szczególnie polecam "Altruizynę". To miał być środek
uwrażliwiający na cierpienie innych istot w bliskim otoczeniu.
Potraktowany nim miał sam odczuwać ich ból, co, w założeniu, powinno
spowodować erupcję chęci niesienia im pomocy. W rzeczywistości jednak
kamieniami odganiano wszystkich cierpiących byle dalej od siebie (efekt
malał z odległością)...
Nasz system edukacyjny jest obecnie w
niespotykanym nigdy stopniu (nawet w PRL) nastawiony na drobiazgową,
biurokratyczną kontrolę oraz wymuszanie od szkoły i nauczycieli już
nawet nie działań, a ich odzwierciedlenia w dokumentacji. Reforma min.
Hall pozostając w kręgu biurokratycznych instrumentów oddziaływania na
szkoły i nauczycieli, a nawet wręcz zwielokrotniając ich rangę, niczego
tu nie poprawi, a raczej wręcz przeciwnie.
Bo instrumenty są
stare, choć pod nowymi nazwami! Wizytator będzie się teraz nazywał
ewaluatorem, a rozszerzona instrukcja dla niego - standardami. W
oparciu o tę instrukcję i tak oceni szkołę (widząc i nie widząc tego co
zechce) jak do tej pory - zgodnie ze swoimi gustami oraz interesami
czyli rzeczywistymi czy domniemanymi preferencjami szefa lub szefów.
Kto i jak udowodni, że był nieobiektywny? Sama zaś instrukcja
(przepraszam - standardy) - próba zadekretowania w szczegółach wizji
pożądanej szkoły - jest znakomitym przepisem na edukacyjne
potiomkinowskie wioski - trzeba mieć prawie autentyczny samorząd,
prawie autentyczną Radę Rodziców etc. To prawie czyni jednak wielką
różnicę...
Powered by AkoComment 2.0 PL++ Polska adaptacja - © Copyright 2005 by APW Zwiastun - Joomla Demo PL
|